ROZDZIAŁ IVBezczynnośćBył to jeden z chłodniejszych dni, który bardzo zaskoczył londyńczyków przyzwyczajonych do bezchmurnych i pogodnych wieczorów. Jednak nie wszystkich dziwił nieprzyjemny ziąb, jaki ogarnął brukowane ulice i wysokie budynki, których szczyty ozdobione były zaatakowanymi przez czas gzymsami. Mimo starości nadal górowały nad ostatnimi piętrami kamienic, otaczając Tamizę z obydwóch stron. Brudna, zielonkawa rzeka leniwie płynęła przez miasto, ignorując napotkanych po drodze ludzi. Znudzona parła przed siebie, niosąc ze sobą masy śmieci i wszelkich nieczystości, które zamiast wylądować w wielkim morzu, piętrzyły się na brzegach. Wraz z odpadami przez miasto kroczył niewidzialny opar żrącego smrodu, który wydzielały skażone wody Tamizy. Jemu akurat ten fetor nie przeszkadzał. Codziennie przychodził nad te niesamowicie brudne i smutne brzegi, a jego wzrok wędrował razem z wodą w stronę szerokiego, wzburzonego morza. Czasami głośno się śmiał, nie wiedzieć czemu. Nawet nie próbował dociekać przyczyn tych niespodziewanych wybuchów wesołości, które dopadały go zawsze w najmniej odpowiednich momentach. Patrzył w dal, nie zawracając już sobie głowy okrutnym zapaszkiem i otaczającą jego postać ciemnością. Myślał o ostatnich uczynkach i zastanawiał się, czy nie warto byłoby powitać nowego detektywa czymś wyjątkowym. Nie miał wątpliwości, że o tym, co przyszykowałby specjalnie dla pana Jonesa mówiono by bardzo, bardzo długo. Uśmiechnął się w sposób przyjazny, niemal uroczy. Gdyby nie oczy, nikt nie byłby w stanie zajrzeć w głąb jego duszy.
Matka mnie ostrzegała, że oczy zdradzą mnie prędzej czy później — przypomniał sobie słowa rodzicielki, która za każdym razem, kiedy coś przeskrobał, szukała odpowiedzi w jego spojrzeniu.
Zaczęło padać. Początkowo o ziemię rozbiła się tylko jedna kropla, lecąc z cichym ostrzeżeniem przed ulewą. Chwilowy, delikatny deszczyk zmącił wody Tamizy. W mgnieniu oka z nieba rozpoczął się szumiący ostrzał ostro zakończonych kropli, które dziurawiły chmury i powietrze. Po wcześniejszym uśmiechu nie było śladu. Lubił zimno, ale za deszczem nie przepadał; obawiał się jego potęgi. Niebiańska woda mogła wytropić go wszędzie: przeciec przez dziurawe dachy, wsiąknąć w drewno i obserwować pleśniowymi oczami albo w ciszy czekać na chodnikach i ulicach, kryjąc się pod taflą kałuży. Siąpawica chlastała jego szczupłą, trochę zgarbioną postać aż do chwili, kiedy skrył się w jakiejś wnęce. Przepędziła go jak intruza w ciemny zaułek, w którym powinien tkwić tak długo aż ulewa ustanie. To ona dyktowała zasady, nie mógł złamać ich ot tak. W jej strugach tonął cały Londyn, a szmer rozbijających się o ziemię kropli, zagłuszał jego przekleństwa. Dzisiejsza noc nie była tą odpowiednią.
*Długo siedział w wannie pełnej parującej wody. Mleczny opar unosił się pod sam sufit i rozpływał. Przeźroczysty płyn tworzył małe kałuże na łazienkowej posadzce, które atakowały leżące nieopodal brudne ubrania Falco. Cały czas czuł zapach śmierci, który nie chciał dać mu spokoju od momentu profanacji grobu Mary Brown.
Jak nazwał to Joseph? Najprawdziwsze przekleństwo.
Mimo długiej kąpieli nadal nie mógł pozbyć się uciążliwego, męczącego smrodu. Falco bał się, że nigdy nie zmyje z siebie fetoru rozkładającego się ciała. Był on tak silny, że detektyw powoli tracił wszelką nadzieję. Jednak szorował całe ciało tak mocno, że gdzieniegdzie pojawiały się czerwone ślady. Warknął coś niewyraźnie pod nosem i zniecierpliwiony cisnął gąbką w wodę. Na podłodze utworzyła się większa kałuża.
— Cholera! — wrzasnął wściekle, widząc, jak coraz więcej wody ucieka na jasne kafelki. Gwałtowne ruchy jeszcze bardziej komplikowały sytuację, dlatego z rezygnacją oparł się o ścianę wanny i zamknął oczy. Nie dość, że oblepiał go okropny smród, to do tego wyjście z pozłacanej balii groziło natychmiastowym pośliźnięciem. Zmienił pozycję, ręką przeczesał wilgotne włosy, westchnął. Woda powoli stygła, ale Falco nie miał zamiaru wychodzić ze złotawej łupiny.Nigdy wcześniej nie musiał odkopywać trupa, by cokolwiek stwierdzić; teraz wiedział, że jakakolwiek profanacja nie miała żadnego sensu. Prawdopodobnie nieszczególnie zainteresował go wykład na temat rozkładu ludzkiego ciała. To co zobaczył w skrzyni na pewno nie wyglądało jak młoda kobieta. Jeszcze nie odkopali całkowicie trumny, a już można było wyczuć unoszący się nad świeżym grobem odór śmierci. Momentu, kiedy wyrwali gwoździe wraz z wiekiem, nie chciał pamiętać. Jedyne, co zwróciło uwagę Jonesa to kompletny brak włosów na głowie. Wątpił, aby morderca był na co dzień fryzjerem. Uśmiechnął się, niektóre fakty często dostarczały śmiesznych, wręcz głupich przekonań. Równie dobrze mógł rozpocząć poszukiwania szalonego golibrody – znaleźliby jednego, włożyliby do jego ust okrzyk: „Jestem winny!” i po sprawie. Falco odpływa i wszystko co najgorsze zostawia tu, w Anglii.
W każdym razie, motyw fryzjera-mordercy zniknął tak szybko, jak się pojawił. Martwej kobiecie brakowało niektórych części ciała, a w napuchniętych, sinych dłoniach trzymała zapisany kawałek papieru, który teraz leżał na stoliku obok wanny. Sięgnął po niego. Skądś znał ten paskudny charakter pisma. Z raportów dowiedział się jednak istotnej rzeczy – Mary Brown nie pochodziła z wysoko usytuowanej rodziny. Nie z takiej, która mogła pozwolić sobie na porządny, kamienny nagrobek i anioła, który tak denerwował go podczas kopania. Wydawało mu się, iż pomnik na tą właśnie chwilę ożył i utkwił w nim oskarżycielski wzrok. Na anielskich ustach zastygła niema groźba, a palec, który początkowo wskazywał niebo, wtedy mierzył prosto w jego twarz. Prychnął. To pewnie przez to ciągłe gadanie Josepha, który nie mógł się uspokoić. Falco przynajmniej teraz wiedział, że przyjaciel nie nadawał się do takiej roboty. To był ostatni raz. Woda w wannie ostygła zupełnie, dlatego chwycił ręcznik i ostrożnie z niej wyszedł. Kałuża na posadzce była lodowata, syknął mimowolnie. Czuł, jakby wbito mu lodowate sople w stopy. Błyskawicznie stanął na nieco mokrym dywaniku obok i odetchnął z ulgą. Cieszył się, że mieszkał w hotelu – inaczej to on musiałby pozbyć się tej łazienkowej powodzi, a odkąd pamiętał, nienawidził sprzątać. Tym bardziej, że teraz było to prawdziwą stratą czasu, a rano chciał złożyć wizytę u państwa Brownów. W koszuli, którą znalazł wśród przywiezionych rzeczy, położył się w poprzek łóżka i zanim zapadł w niespokojny sen, długo myślał. O Ethel.
Doskonale wiedział, że śnił; że płomienie, które sprytnie zakradły się do jego pokoju nie były prawdziwe. Te najbliższe otulały już nie tylko meble, ale też kobietę. Ogniste strumienie śmiały się i tańczyły dookoła łóżka Falco i ubranej w strzępy sukni, osmalonej damy. Jej jasne włosy unosiły się niczym węże i muskały przerażoną twarz. Falco drgnął.
— Ethel! — krzyknął, jednak jego głos pochłonął wszechobecny ogień. Nagle czerwonopomarańczowe ciepło pożarło kobietę, a na jej miejscu pojawił się błagający o litość Joseph. Mężczyzna klęczał, głośno lamentował i krzyczał, jednak Falco nic nie słyszał. Nie mógł się ruszyć, nie umiał im pomóc, nie potrafił ich ochronić przed czymś, z czym i tak by nie wygrał. Joseph zmienił się w czarny popiół, z którego zrodził się gadatliwy dorożkarz z tak przerażonym wyrazem twarzy, że Falco poczuł, jak po jego polikach płyną łzy bezradności. Z płomieni wyłoniły się ręce, które objęły chłopca i w mgnieniu oka skręciły mu kark. Detektyw zawył. Podświadomie czuł, że tam, w płomieniach czaiło się zło, jakiego jeszcze nie znał. Ze snu wyrwał Falco jego własny krzyk i mocne szturchnięcia Josepha.
— Falco, spokojnie, to tylko niepoważny, nic nieznaczący dyrdymał — mówił uspokajająco mężczyzna.
Jones milczał, rozglądając się na boki nieprzytomnie.
— Już? W porządku, przyjacielu?
— Chyba.
— Pukałem i pukałem, a ty nagle zacząłeś krzyczeć — powiedział Joseph. — Myślałem, że ktoś u ciebie jest, bo wydawało mi się, jak z kimś rozmawiasz, a potem znowu wrzaski. Przyjacielu, nie wiem, co ci się śniło, ale nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby ktoś tak wył jak ty. Falco nie powiedział nic. Nie pamiętał dokładnie, jak wyglądała ta senna wizja, ale czuł ogromny lęk przed czymś, co miało wkrótce nastąpić. Jak na zawołanie w pokoju pojawił się pan How – urzędnik biura hotelowego – ze szklanką zimnej wody i kopertą w kolorze kości słoniowej na tacy. Spragniony jednym haustem opróżnił naczynie, głęboko odetchnął i spojrzał pytającym wzrokiem na starannie złożony papier.
— List dostarczono dzisiaj z samego rana, panie Barnes, a może Jones — oznajmił z przekąsem urzędnik. — Pański przyjaciel wtajemniczył mnie i wytłumaczył nagłą zmianę godności. Może pan być spokojny, detektywie, dochowam sekretu. Niemniej pragnę zwrócić uwagę, iż nie ma to większego sensu, jeśli przysłano ten list do Northumberland, adresując go na pana prawdziwe nazwisko.
— Dziękuję, panie How — wyszeptał, czując się zdemaskowany i okradziony z tożsamości. Myślał, że dłużej pobędzie Izaakiem Barnesem. Falco nadal nieco zdezorientowany sięgnął po list, a Joseph odprawił pana Howa. To pismo rozpoznał od razu:
Drogi Falconie,
Doszły nas wieści, że po wielu latach wróciłeś do Anglii i od pewnego czasu bawisz w Londynie. Mamy nadzieję, że podróż minęła Ci bez problemów i niespodzianek oraz że jesteś cały i zdrowy. Bardzo zależy nam na rychłym spotkaniu z Tobą. Oczywiście, mamy świadomość, że nie przybyłeś tu bez powodu – słyszeliśmy o Twojej sprawie. Korzystając jednak z tego, iż znajdujesz się obecnie w Londynie, chcielibyśmy Cię ujrzeć i – o ile to możliwe – odbudować dawne, łączące nas stosunki. Prosimy o w miarę szybką odpowiedź. Z pozdrowieniami i wyrazami szacunku
Dymitr i Zefiryna Jonesowie
Po przeczytaniu listu uśmiechnął się gorzko.
— Oni jeszcze nie wiedzą? — spytał Falco, patrząc na siedzącego w ciszy przyjaciela.
— Nie, chciałbym załatwić to za jednym razem. Beatrice i twoi rodzice — odparł.
— Ona tego zrobić nie mogła, skoro wszystkim obwieściła mój powrót? — wycedził Falco.
— Ona? Panna Ethel, tak? Nie wiem, z tego, co obiło mi się o uszy, to nie utrzymuje z rodzicami najbliższych stosunków, jedynie z Abrahamem...
— Zaiste — przerwał Josephowi.
Abraham, dziadek, niezrównoważony patriarcha rodu Jonesów. Falco dopiero teraz zrozumiał, jak za nim tęsknił. Pomyśleć, że podczas jego pobytu w Irlandii w ogóle go nie wspominał. Nie, nie miał prawa być na niego zły. Przygryzł dolną wargę – Ethel powiedziała dziadkowi o jego powrocie, a Abraham chciał tę wiedzę wykorzystać i doprowadzić do zgody między nim a rodzicami. Z pewnością nie chciał źle, ale Falco nie zależało na uściśnięciu ojcowskiej ręki. To on zabił w nim marzenia i nadzieję. A Falco był bezlitosny dla morderców.
— Mniejsza o moją rodzinę — rzucił dosyć cierpko mężczyzna — czas zająć się naprawdę ważnymi sprawami. Nie przyszedłeś chyba po to, by robić za niańkę, Josephie.
— Owszem — przytaknął szybko.
Falco już taki był – mówił, co mu się żywnie podobało, a podczas konwersacji wymuszał na swoim rozmówcy posłuszeństwo względem tematu interlokucji. Wszystko, co dotyczyło jego krewnych okraszone było niepisanym statusem, w którym zaznaczono, że pogawędkę o jego rodzinie należy sprowadzać do minimum. Joseph niejednokrotnie śmiał się z tego; zasada Falco wydawała mu się nieco dziecinna i całkowicie niepotrzebna. Wolał nie dolewać oliwy do ognia; doskonale wiedział, do czego może to doprowadzić. Falco spojrzał znacząco na przyjaciela.
— A tak — Joseph przypomniał sobie o celu wizyty — w nocy wyraziłeś chęć odwiedzenia państwa Brownów. Chciałbym tobie towarzyszyć, o ile nie masz nic przeciwko. Mężczyzna siedzący na łóżku, uśmiechnął się krzywo.
— Naturalnie, będę wdzięczny — odparł Falco — rozumiem, że ta chęć towarzyszenia zrodziła się pod naciskami sir Roberta, jak mniemam?
Joseph prychnął cicho. Spodziewał się takiej reakcji ze strony przyjaciela, ale wypadło mu z głowy za iloma osobami w Londynie nie przepada. Sir Robert Peel, patron londyńskiej policji, był jednym z nich.
— Nic nie poradzę na to, że jest moim zwierzchnikiem — odpowiedział Joseph trochę poirytowany wydziwianiem Falco.
— Trzeba było zostać detektywem — warknął.
— Ludzie nie mają zaufania do takich jak ty — odparł coraz bardziej zły Joseph.
— Nie mamy budzić zaufania, tylko być skuteczni! — prawie krzyknął rozjuszony już Falco.
— To gdzie podziały się wasze sukcesy? — spytał Joseph, podnosząc brwi.
— A policja jakieś ma?! — wrzasnął Falco.
— Zdziwiłbyś się, kochany!
— Czekam! Wymień chociaż jeden!
Joseph zapowietrzył się, poczerwieniał na twarzy. Prawda była taka, że żaden z nich nie miał się czym pochwalić. Falco gwałtownie wstał z łóżka i zaczął krążyć po pokoju. Nieoczekiwanie zatrzymał się blisko siedzącego na szezlongu Josepha i po chwili krępującej, nabuzowanej negatywnymi emocjami ciszy, roześmiał się serdecznie. Zarażony wybuchem wesołości Joseph wstał i spojrzał na przyjaciela. Nagle obydwaj padli sobie w ramiona, nadal radośnie się rechocząc. Śmiali się tak długo i głośno, że po zaczerwienionych policzkach pociekły łzy. Usiedli obok siebie na kanapie, a w dłoniach natychmiastowo pojawiły się napełnione złotym alkoholem szklanki. Nie zwracali szczególnej uwagi na to, iż pić nie powinni, ale było to silniejsze od nich. Prawie zapomnieli o śledztwie. Falco nie myślał o Ethel, Joseph o Emmie. Żaden nie przejmował się śmiercią Iana i owdowiałą Beatrice. Teraz liczyli się tylko oni, szklanki pełne wybornego napoju i niespodziewana radość, która ich dopadła. Nie wiedzieli ile wypili, ale hotel opuścili w wyśmienitych nastrojach. Otoczeni zapaszkiem śmierci i dobrego alkoholu ruszyli w stronę północnej dzielnicy Londynu Islington, gdzie mieszkali państwo Brown. Mijali sypiące się kamienice, okazałe rezydencje i szarozielone parki, które bardziej przypominały liściaste cmentarze niż ogrody, gdzie można było odsapnąć od miejskiego zgiełku. Szli raźno z głupawymi uśmiechami, tak jak kiedyś, gdy po raz pierwszy wypili alkohol. Dopadły ich macki wspomnień, które w usta mężczyzn wcisnęły słowa mówiące o przeszłości. O ich marzeniach, wielkich nadziejach. O tym jacy chcieli być. Obydwaj pamiętali, jak ze świecącymi podnieceniem oczami snuli plany na przyszłość, jak Falco po raz pierwszy opowiadał o swoim dziadku, który zaszczepił w nim miłość do rozwiązywania łamigłówek. Szli przed siebie szarymi, bezpłciowymi, obojętnymi na ich obecny stan chodnikami, obaj z głowami w chmurach, użalając się nad sobą i swoimi niespełnionymi pragnieniami. Z każdym krokiem coraz bardziej pogrążali się w beznadziejności świata i w poczuciu niesprawiedliwości. Poprzednie, męczące myśli powróciły, tyle że ze zdwojoną siłą, wbijając ostre pazury w serce i umysł, tak jakby już nigdy nie miały puścić. Z każdym podmuchem wiatru niedawna wesołość wywołana dużą ilością alkoholu znikała, a oni trzeźwieli. Przeszli obok parku Bernarda i skręcili w prawo w Barnsbury Road. Zakurzona, brudna ulica zaprowadziła ich pod same drzwi domu Brownów. Wspięli się po popękanych schodkach, których kamienna balustrada nie mogła już pełnić powierzonej jej kiedyś funkcji. Joseph przekonał się o tym, kiedy oparł się o zimne ogrodzenie i błyskawicznie się cofnął, widząc, jak spory kawałek wylądował tuż obok jego eleganckich butów. Falco ignorując nieco przestraszone spojrzenie przyjaciela, zapukał. Drzwi otworzył wysoki, szpakowaty mężczyzna. Jego oczy zalśniły na widok obcych twarzy.
— Dzień dobry, czym mogę panom służyć?
— Czy to dom państwa Brownów?
— Tak.
— Chcielibyśmy z nimi porozmawiać na temat ich córki, Mary Brown. Rysy twarzy szpakowatego mężczyzny stężały.
— Kim panowie są?
— Inspektor Joseph Hall i Falco Jones, policja.
— Proszę wejść, proszę, proszę — powiedział mężczyzna łamiącym się głosem. — Nazywam się Samuel Brown, jestem... Byłem... Jestem ojcem Mary.
Szpakowaty otworzył drzwi szerzej i wpuścił Josepha i Falco do środka. Kiedy weszli zaduch pomieszczeń i zapach pleśni dopadł ich, kryjąc się pod połami płaszczy. Korytarz był długi i wąski, w troje ledwo się na nim mieścili, dlatego Samuel Brown prędko poprowadził ich do pokoju, który pewnie pełnił rolę gabinetu, choć wcale nie wyglądał. Ojciec Mary wskazał im siedzenia przy drewnianym, ledwo trzymającym się biurku. Fotele, które pokazał, stwarzały wrażenie, jakby zaraz miały się rozlecieć. Szpakowaty zauważył ich zmieszanie.
— Spokojnie — powiedział. — Te fotele wytrzymały pod tyłkiem mojej świętej pamięci żony, więc pod panami się nie rozlecą. A moja droga Judith była kobietą bardzo, bardzo... — Urwał, nie widząc większego sensu w opowiadaniu o małżonce. — Proszę siadać, śmiało — dokończył i sam usadowił się za biurkiem.
W gabinecie panował półmrok, jedynym źródłem światła była wąska, pionowa szczelina między zasłonami. Samuel najwidoczniej od bardzo dawna nie przyjmował gości, dlatego światło czy też jego brak nieszczególnie zaprzątało jego myśli.
— Panowie wspominali coś o Mary, o co chodzi? — spytał, a jego głos mimowolnie zadrżał. Joseph spojrzał znacząco na Falco, aby ten delikatnie potraktował staruszka. Samuel Brown nie był wcale taki stary, ale życie i przeróżne, najczęściej przykre doświadczenia sprawiły, że wyglądał na osiemdziesiąt lat.
— Pańska córka padła ofiarą morderstwa dnia dziewiętnastego września bieżącego roku, tak?
Samuel przytaknął.
— Pochowano ją na jednym z przykościelnych cmentarzy, tak?
Ponownie skinął głową.
— Proszę wybaczyć mi moją śmiałość i niedelikatność, ale jak to możliwe, że Mary leży w pięknym, drogim grobowcu, którego pan nie mógłby jej zapewnić? — zapytał poważnie Falco.
Joseph poczerwieniał, zdecydowanie ich stopnie wrażliwości bardzo się od siebie różniły. Szpakowaty jednak nie dał po sobie poznać zakłopotania.
— Córka miała wielu bliskich znajomych, była lubiana w swoim... Towarzystwie — odpowiedział.
— Chce pan powiedzieć, panie Brown, że Mary była kobietą lekkich obyczajów? — spytał Falco zaciekawiony.
— Tak — wyszeptał Samuel, patrząc w podłogę. — Ale była bardzo dobra. Utrzymywała dom i mnie, schorowane próchno... Mimo to... Kim była... Ona nie zasłużyła na taki los, panowie...
— Z pewnością — przytaknął żarliwie Joseph, a Falco cicho prychnął.
— Czy mógłby nam pan opowiedzieć o córce?
— Naturalnie — odparł Samuel Brown. — Mary była moim jedynym dzieckiem... Była niezwykle dobra i wrażliwa... To po Judith. Ode mnie otrzymała wykształcenie; nie było nas stać na guwernantkę... Była nad wyraz inteligentna, bardzo żałowałem, że nie stać mnie było na prywatnych nauczycieli... Zasługiwała na wszystko co najlepsze, nie powinna wylądować na ulicy, nie ona...
— Czy pamięta pan kogoś konkretnego, kto utrzymywał z Mary bliższe stosunki? — spytał Falco zniecierpliwiony.
— Niech pomyślę — zmarszczył się — był jeden młodzieniec. Bogaty, z dobrej, znanej rodziny. Odwiedzał nas od czasu do czasu, kiedy pozwalały na to okoliczności...
— Jak brzmi jego godność?
— Miał takie przyjemne obejście... Nazwisko? Nazwisko, jakby nietutejsze... Nie pamiętam za dobrze...
— Bylibyśmy wdzięczni, gdyby pan je sobie przypomniał — warknął Falco.
— Zaczynało się na „F”, wydaje mi się, że ma irlandzkie korzenie — powiedział w końcu niezwykle zamyślony staruszek.
Joseph zerknął na Falco. To było już coś. W Londynie były tylko dwie liczące się irlandzkie rodziny – Fitzroy i Fitzgerald.
— Czy pamięta pan imię przyjaciela córki?
— Jordan, Julian... Joel... Nie, nie... James! — odparł.
— Jest pan pewien, panie Brown? — zapytał zaskoczony Falco.
— Jestem stary, schorowany, miewam kłopoty z pamięcią, ale jego imienia nie da się zapomnieć. Przynajmniej tego, w jaki sposób... Z jaką czułością wypowiadała je Mary... Falco wstał, Joseph zaraz po nim.
— Dziękujemy, panie Brown — powiedział cicho Jones, którego nowa informacja nieco zaniepokoiła. Wyszli w takim pośpiechu, że Samuel nie zdążył zaproponować im lurowatej herbaty, którą przygotował w czajniczku przed ich przyjściem.
*Nic się nie zmienili. Ojciec jak zwykle był wszystkim znudzony; matka udawała, że bardzo przejęło ją spotkanie z synem. Dziadek uśmiechał się serdecznie i trzymał na rękach swoją łasicę. Ethel i Beatrice nie było.
— Ian nie żyje — wydusił w końcu i zobaczył, jak zblazowany ojciec ożywia się nagle, jak do oczu matki napływają łzy, a z twarzy dziadka znika uśmiech. W pomieszczeniu zapanowała permanentna cisza. Falco miał wrażenie, że zaraz udusi się tym nieprzyjemnym milczeniem. Dymitr nie lamentował, Zefiryna głośno pociągnęła nosem, Abraham spuścił głowę i szepnął coś do Auksencji. Służba, która stała przy drzwiach do kuchni, zniknęła.
— Kiedy to się stało? — zapytał trzeźwo ojciec. Falco czuł, że wykorzysta śmierć Iana w taki sposób, aby znalazł się teraz w centrum zainteresowania.
— Osiem dni temu.
— Tak, tak... Beatrice była u nas i mówiła, że Ian nie wraca do domu — wtrąciła Zefiryna.
— W Scotland Yardzie jest okropny bałagan, dlatego dowiadujecie się tak późno.
— Tak, tak — powiedział zaszokowany Abraham.
— Widzę, że bardzo przejął was los Bei — warknął Falco, patrząc złowrogo na ojca.
— Nie przesadzaj, Falconie — odparł lekceważąco Dymitr. — Beatrice to bardzo zaradna, inteligentna dama.
— Mam nadzieję, że przekażecie jej tą wiadomość — powiedział cierpko Falco. — Powinna dowiedzieć się pierwsza, ale...
— Rozumiemy, rozumiemy, Falconie — przerwał mu ojciec. — To co? Kolacja?
Falco nie wytrzymał, opuścił kuluar, odebrał od służącego płaszcz i wybiegł na ciemną ulicę. Popełnił błąd, przychodząc na Turphey Street. W jednej chwili przypomniał sobie, jak bardzo nienawidził ojca.
*Niedawna, zaskakująco słoneczna pogoda pierzchła, ustępując miejsca smutnej mżawce i popielatym, ciężkim chmurom. Idealne dopełnienie gorzko opłakiwanego pogrzebu.
Stał z boku, z dala od sporej grupy ludzi, którzy tworzyli czarny mur dookoła wykopanego dołu na trumnę. Nie musiał uczestniczyć w tym płaczliwym, pojękującym zbiorowisku. Lubił się przyglądać, obserwować to, co zazwyczaj człowiek dokładnie ukrywał – swoje cierpienie. Uwielbiał, kiedy było ono na wierzchu. Na co dzień chowali je, myśląc, że tym samym wyzbywają się wszelkich słabości. Tak naprawdę byli okropnie słabi. I bezgranicznie głupi. Często zdarzało się, że przychodził na pogrzeby swoich ofiar – to było takie podniecające. Niczym nie różnił się od nich. Każdy mógłby być, tak jak on mordercą, tylko że uparcie ukrywali swoją prawdziwą naturę pod powierzchnią obowiązujących zasad i ustalonych zachowań. On odważył się zrzucić jarzmo uciążliwego udawania i skrywania swojej oryginalnej osobowości. Nie mógłby dłużej okłamywać samego siebie; pragnął, aby inni również porzucili łgarstwa i pozory.
Patrzył na nich i widział oczami wyobraźni, jak mała dziewczynka trzyma w drobnej rączce nóż, zamiast matczynej dłoni; jak mężczyzna w średnim wieku trzyma w ręce sztucer; jak kobieta w czarnej, skromnej sukni obleśnie się uśmiecha i bawi ostrym sztyletem.
Wszyscy byli mordercami. Tylko jeszcze o tym nie wiedzieli. W chwili, kiedy trumna spoczęła na dnie dziury, Falco odwrócił się i ujrzał nieznajomego mężczyznę pod drzewem. Kiedy obcy zorientował się, że został zauważony, szybko uciekł, a Falco pokręcił z zażenowaniem głową.
— Dziennikarze — mruknął.